Dlaczego warto jechać do Rumunii?

Rumuńska wieś nie przesiaduje z pilotem przed telewizorem, ale uprawia ziemię. Rano zobaczycie dzieciaki gnające na wypas owce, kozy i bydło oraz osłonięte przed upałem czarnymi chustami, krzepkie staruszki, które dźwigają drewniane grabie, drogę na pole umilając sobie ploteczkami. Przy zachodzącym słońcu zaś wracających po pracy mężczyzn w słomianych kapeluszach, starych i młodych, którzy swoje wysłużone kosy opierają o pierwszy bar piwny we wsi i na dwa łyki wypijają zimne piwo Ursus, z ulgą wyciągając przed siebie nogi. Po takim widoku nie zdziwi was kaloryczna rumuńska kuchnia: mięsa pływające w pomarańczowym tłuszczu, treściwe ciorby, czyli zupy podawane z tłustą śmietaną, świecąca na talerzu słoneczna mamałyga i nieodzowna palinka pomagająca w trawieniu.

To już mój drugi pobyt w Rumunii. A może dopiero drugi, bo będę tu wracać. Ten zróżnicowany pod względem etnicznym i krajobrazowym kraj łączy w sobie wszystko to, czego szukam – piękną przyrodę, ludzką serdeczność i ufność, proste, ale prawdziwe jedzenie i bliskość zwierząt. I choć nie mówię tym melodyjnym, zbałkanizowanym językiem romańskim, wszędzie jestem witana z uśmiechem. Przytulanie i poklepywanie to międzynarodowe gesty świadczące o otwartości mieszkańców Rumunii. Po angielsku można sobie pogadać w Bukareszcie, gdzie od barmanów dowiecie się, że Rumunia to najfajniejsze miejsce na świecie. Zgadzam się z nimi w zupełności – już piszę dlaczego.

Słoneczne staruszki
Babcie siedzące przed domami w Transylwanii, Bukowinie czy Maramureszu są wszędzie takie same – ubrane na czarno, ściśnięte w pasie gumą spódnicy i uśmiechnięte od ucha do ucha. Usłyszycie od nich „bună ziua” (dzień dobry), a kiedy spojrzycie im prosto w oczy zawieszone w pajęczynie słonecznych zmarszczek (w Rumunii okulary noszą tylko turyści), odnajdziecie samo dobro. Babcie nie spoglądają wstecz na trudną historię, nie narzekają na polityków, ale każdego dnia, podobnie jak dziadkowie, zabierają się do pracy. W dzień w polu, wieczorami biorą się do nawijania owczego obłoczka wełny na wrzeciono, a potem przerabiania go na dywany, swetry i skarpety. Uwaga, babcie uzależniają! Przynajmniej tak zrobiły z nami. Rozważaliśmy nawet porwanie. Plan był gotowy, mieliśmy tylko wypatrzyć odpowiednio przytulaśną i pachnącą owcą babcię przy drodze i hyc, do samochodu, a potem pędem do Polski. Miała nam gotować flaki i mamałygę, wieczorem przytulać i zasypiać pod świętym obrazkiem. Ostatecznie podwieźliśmy tylko parę babć podróżujących autostopem do rodzin w sąsiednich wsiach. Błogosławiły nas za pomoc i machały na pożegnanie.

Pasterska kuchnia
Kuchnia Rumunii jest kaloryczna i ujmująco smaczna w swojej prostocie. Podstawą jest mamaliga, czyli kasza kukurydziana, towarzysząca rumuńskim posiłkom jak w naszym kraju ziemniaki. Mamałygę podaje się zazwyczaj z ostrą w smaku bryndzą i paroma łyżkami bardzo gęstej, tłustej śmietany. To nadzwyczaj sycące połączenie, przed którego zjedzeniem trudno się powstrzymać, szczególnie kiedy bryndza zaczyna się smakowicie rozpuszczać. Ale miejsca musi jeszcze starczyć na ciorby, czyli treściwe, gorące zupy, jak ciorba taraneasca, chłopski, tłusty rosół z warzywami i wołowiną, czy ciorba de burta, słodkawe flaki na maśle zabielane śmietaną. Drugie danie to głównie mięso wieprzowe i drobiowe z rusztu (gratar). Smaczniejszą alternatywą są sarmale, gołąbki nieco mniejsze od naszych, a wśród dań wegetariańskich – ciupierci, pieczarki faszerowane orzechami. Przy drodze, w piwnych barkach, królują mititei, grillowane wołowo-baranie kiełbaski. Deserów nie ma wielu, ale to same konkrety: rubaszne, krąglutkie serowe pączki papanasi z jagodami i ze śmietaną oraz clătite, naleśniki z konfiturami lub serem i miodem.

grillowana mamałyga faszerowana bryndzą


ciorba de burta, słodkie flaki na maśle zabielane śmietaną

placinta, czyli rumuńskie ciasto nadziewane serem i innymi dobrami

mamałyga z bryndzą i śmietaną

Przyroda pełna niespodzianek
Ponad połowa powierzchni Karpat wystawia tu swoje garbate nosy, miejscami przypominając znajome Tatry, a czasami wapienne Pieniny, choć w bardziej spektakularnym wydaniu. Można przeciskać się szczeliną wąwozu Bicaz, nabawić reumatyzmu w górskich potokach Maramureszu, ogłuchnąć przy wodospadach, powdychać zapach ropy przy błotnych wulkanach i dostać zawrotu głowy, pokonując serpentyny jednej z najwyżej położonych i najbardziej malowniczych tras górskich w Rumunii, ponad stukilometrowej Drogi Transfogaraskiej. Naszej podróży po kraju towarzyszyły pracujące zwierzęta: konie (w ciągu dnia ciągnące ciężkie furmanki, wieczorem szukające odpoczynku na łące), bydło pobrzękujące dzwonkami, osiołki i owce. Wszystkie wolne, przechadzające się drogami, obdarzone zaufaniem człowieka. Nikt nie krępuje im nóg ani nie wiąże ich na łańcuchu. Wieczorem są doprowadzane przez gospodarzy do domu równie często, jak same znajdują do niego drogę. Są zawsze obok, na wyciągnięcie ręki, bo relacje ludzko-zwierzęce, oparte na wzajemnej zależności, są tu bardzo bliskie.

O czym warto wiedzieć przed podróżą do Rumunii
Czy coś się zmieniło od naszej ostatniej wyprawy przed pięcioma laty? Drogi! Ich jakość znacznie się poprawiła – i zniknęły z nich psy. Zostały tylko pracujące z owcami psy pasterskie oraz pilnujące domów kundelki. Bukareszt radykalnie pozbył się bezpańskich psów, w trakcie dwóch dni w stolicy widziałam tylko jednego. Nie przydał się więc gaz pieprzowy, który na wszelki wypadek, po przeczytaniu paru sensacyjnych opowieści na temat grasujących nocami po Bukareszcie bezpańskich watah, Kuchcik nabył w sklepie z militariami. Podobnie jak podczas pierwszych rumuńskich wakacji, i tym razem nie spotkała nas żadna niemiła ani niebezpieczna sytuacja. W każdym zakątku Rumunii czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Cyganie, którymi straszy się polskie dzieci i których podejrzewa się o najgorsze zamiary, czyli Romowie, nie Rumuni, to mniejszość, której jest około miliona wśród dwudziestu milionów mieszkańców. Ci, których spotkaliśmy, zamieszkujący zarówno pałace przypominające krakowskie szopki w wariacji rodem z Las Vegas, jak i prowizoryczne domy z drewna i plastikowej folii nad Bystrzycą płynącą przez Maramuresz, zachowywali się całkiem zwyczajnie. Nie uchroniliśmy się tylko przed zatruciami pokarmowymi, mimo że łykaliśmy na noc probiotyki. Ale taki już los smakoszy, którym niestraszne surowe, czyli niepasteryzowane, mleko i jego nieskończone, wspaniałe formy. Tak czy siak, smak owczych serów i wspaniałej gęstej śmietany wart był każdej ceny. Skoro o cenach mowa, są niższe niż w Polsce. Zarówno jeśli chodzi o żywność w sklepach, posiłki w restauracjach, jak i noclegi. Kwaterę z łatwością można znaleźć w każdej wsi, wystarczy spytać kogoś przy drodze. Ceny za noc wahają się od 30 zł do 70 zł od osoby. Kawa to wydatek 2-3 zł. Najtańsze piwo jest z nalewaka (2,50 zł), nieco drożej kupicie je w sklepie (do 4 zł), a zupełnie warszawskie ceny ma w Bukareszcie (10 zł). Arbuz kosztuje złotówkę za kilogram, choć za jego soczystość należałoby żądać znacznie więcej, a dwa litry wody kosztują 2 zł. Kurs lei do złotówki jest zbliżony – 1:1. Najkorzystniejszy jest na rumuńskiej granicy. Wygląd pieniędzy może zaskoczyć, to odporne na pranie, wojny i katastrofy ekologiczne, plastikowe, kolorowe banknoty. Do Rumunii najlepiej ruszyć przez Słowację i zatrzymać się gdzieś na Węgrzech. My za każdym razem wybieramy malowniczy Tokaj, senne miasteczko opływające w winny dobrobyt. Można się tam napić doskonałego wina, pokrzepić pörköltem czy halászlé z suma i ruszyć w dalszą drogę.

cygański pałac w Huedin

Rumunia zasłużyła, by odkryć ją na nowo i odczarować z krzywdzących stereotypów, choćby tych na poziomie języka. Czy chcielibyśmy, by sformułowanie „ty Polaku” miało równie pejoratywny wydźwięk jak „ty Rumunie”?