Lotos – sentymentalny smak przeszłości

Mieszkać w Warszawie i nie napić się w Lotosie to jak nigdy nie odkryć historii tego miasta pisanej na serwetkach przy śledziu i wódce. To jeden z nielicznych reliktów PRL-owskiej gastronomii, które odnalazły się w nowej rzeczywistości.

Karta Lotosu oferuje to samo co 40 lat temu – sentymentalny smak przeszłości. Najlepszy jest tatar (po warszawsku – bez szprotek), a za nim śledzie i ozory w galarecie. Dalej są jeszcze bryzol, zrazy, de volaille, schabowy i gulasz, które może nie są z produktów pierwszej jakości, wątróbka bywa sucha jak wiór, a pierogi twarde i gumowate, ale tu nie do końca o to chodzi. Do Lotosu przychodzi się po atmosferę przenikającą każdy centymetr wyściełanego wikliną lokalu z ubiegłej epoki.

W serwisie Lotosu kocham się najbardziej – panie kelnerki to potężne blondyny, które mimo lat i zużytej wokół wykładziny trzymają klasę i cierpliwie pielęgnują swoje loki. Niewiele mniej cierpliwości mają do gości – szczególnie płci męskiej, zresztą tu przeważającej. Studenci, opaleni na solarium dresiarze, emeryci, biznesmeni czy profesorowie filologii są przez nie traktowani na równi, z rosnącym wraz z ich upojeniem alkoholowym instynktem macierzyńskim. Panie kelnerki to nie jakieś tam dorabiające studentki, to prawdziwe sanitariuszki gastronomii.

W Lotosie łatwo się zatracić, a nie można. Bo zamówienia są składane do godziny 22 i bar się zamyka. Potem panie kelnerki wyganiają szanownych gości. Nikt tu nie słyszał o takim imperialistycznym wynalazku jak „czynne do ostatniego klienta”. Wypijcie wódeczkę duszkiem, zagryźcie galaretką i bez słowa uiśćcie szczegółowo rozpisany rachunek. Tylko bez awantur o dopłatę za chleb i masło, klient przecież zamawiał.

Restauracja Lotos
ul. Belwederska 2
Warszawa
(można płacić kartą)