Mała Gruzja – siorbanie pod podłogą

To miał być wpis o Masz Gulasz, który zyskał ostatnio dochodzącą kucharkę wraz z gruzińską wkładką w menu. Gościnne występy kuchni gruzińskiej na ulicy Pięknej miały być owocem przyjaźni rozkwitłej na planie „Kuchennych rewolucji” pomiędzy Magdą Gessler, a zrewolucjonizowaną restauracją Gaumarjos.

Miały, bo niestety na miejscu okazało się, że „wypożyczona” kucharka, mimo zobowiązań, nie dojechała. Dlaczego pozbawiła mnie przyjemności zjedzenia wyrobów jej zręcznych palców – chinkali i chaczapuri – nie było wiadomo. Być może ruszając w podróż po dzielnicach Warszawy kucharka poczuła zew wolności jak i przypływ fantazji na tyle, by pozwolić sobie na zmianę czasu na ten rodzimy – GMT (Georgia Maybe Time). Ja niestety dysponowałam tylko czasem ASAP i musiałam natychmiast coś zjeść.

Kuchcik na szczęście przypomniał mi o restauracji Mała Gruzja, w której byliśmy parę lat temu. Mały, schowany w podziemiach centrum lokalik rozczarował nas wtedy dość jałową ofertą mięsną. Ale tym razem chodziło nam głównie o przyjemnie opadające na żołądek wyroby mączne. Postanowiliśmy popedałować w stronę warszawskiego pigalaka, gdzie pomiędzy domami publicznymi i suszarniami skryła się ta malutka restauracja.

Pod poziomem ulicy panował spodziewany zaduch kuchennych wyziewów. Większość stolików była jednak zajęta, a znad nich dobiegały zachęcające odgłosy ukontentowanego siorbania i mlaskania. Wybraliśmy więc drugą, większą salę i u kelnerki z najsmutniejszymi oczami na świecie zamówiliśmy nasze trzy największe marzenia kulinarne tego dnia – grillowane bakłażany nadziewane pastą z orzechów, chaczapuri, no i chinkali. Po czym zaczęliśmy rozglądać się po wnętrzach.

Stał tu tradycyjny piec, niestety tylko w charakterze dekoracji, choć sądząc po okapie nad nim, właściciele restauracji mieli wobec niego pewne plany. Dzięki odsłoniętym czerwonym cegłom panował przyjemny piwniczny klimacik, który tu i ówdzie próbowano niestety zaczadzić rozwieszając ludowe stroje na ścianach. Podobny zabieg odnotowałam w innej gruzińskiej knajpie – Tbilisi, która dzięki niemu znalazła się w zestawieniu aranżacyjnych koszmarów.

Wnętrzom przyglądaliśmy się długo, bo i obsługa Małej Gruzji zdała się podzielać zdanie na temat zagadnienia czasu zaginionej na mieście kucharki. Kiedy zassałam się już i głód właściwie minął, na stole pojawiły się zamówione potrawy. Wszystkie naraz, łącznie z przystawką. Nie miałam jednak serca zwracać uwagi kelnerce. W jej oczach malowała się cała rozpacz i tragedia tego poturbowanego historią narodu.

Grillowany bakłażan owinięty wokół pasty z orzechów włoskich z ziarnami granatu (23 zł). Nie jestem wielką fanką bakłażana, ale ten był cieniutki, niezbyt tłusty i słodkawy. Pasta z orzechów zaś obłędnie dobra, na tyle, że postanowiłam nie zastanawiać się, ile może mieć kalorii. Zdechłej sałaty z torebki nie tknęłam.

Chaczapuri z serem suluguni (19 zł) odpowiednio pachniało masłem, ser ciągnął się rozkosznie, choć ciasto mogłoby być mniej gumowate. Zdecydowanie były to jednak lepsze placki niż serwowane w Gemo.

Chinkali (27 zł) – wielkie sakwy z aromatycznym, mocno doprawionym mięsem wieprzowym po złapaniu za „cycek” i wgryzieniu się szybko w bok, uwalniały aromat starej skarpety. Wysiorbany jednak ze środka pieroga rosół, a potem pełny kolendry farsz wynagradzał doznania zapachowe. Mięso miało dużo przypraw, ale niestety tyle samo soli. Brakowało też towarzystwa do wieprza – baran byłby idealny.

Głód został po stokroć zaspokojony, apetyt na Gruzję również. Kucharce z Gaumarjos jednak nie odpuszczę. Muszę sprawdzić, czy traktowany przez nią nonszalancko czas działa na korzyść jej kuchni.

Mała Gruzja
ul. Nowogrodzka 40
Warszawa
otwarte: pon- nd, od 12/13 do ostatniego gościa
można płacić kartą

Nakarmiona Starecka o gruzińskich przysmakach w Tbilisi, Gemo, Skamiejce i Czeburekach.