Kafe Zielony Niedźwiedź – members only

Restauracja w nowym Centrum Przedsiębiorczości Smolna 4. Modlitwa przy alkoholu, posępne miny nad doskonałym gęsim pipkiem.

Tylko gość obeznany w niuansach biznesowych zależności klepiącego się nawzajem po plecach środowiska dostrzeże wiotką nić spajającą tę karkołomną inicjatywę. Bo na pierwszy rzut oka nic tu do siebie nie pasuje… Pierwsze primo – szefem kuchni jest Zbyszek Kmieć, ludyczny oryginał, specjalista od składników rzadkich i wysokojakościowych, owiany nimbem zasług za pozyskiwanie jagód dla René Redzepiego w trakcie Cook It Raw. Drugie primo – miejsce to Kafe Zielony Niedźwiedź, czyli klub powstały z inicjatywy Związku Przedsiębiorców i Pracodawców oraz właściciela bardzo drogich delikatesów Black Caviar (legendarny pęczek koperku za 42 złotych), gdzie, jak czytam na stronie Związku, „oprócz dobrej strawy, dzięki organizowanym eventom biznesowym, przedsiębiorcy będą otrzymywać garść informacji przydatnych do prowadzenia i rozwoju własnych firm”. Trzecie primo – otwarcie restauracji ma weselno-religijny charakter. Po konsumpcji ptifurek i wina przy mównicy pojawia się ojciec Patryk z lubelskiego klasztoru produkującego nalewki. Zaskoczeni goście odstawiają trunki, pocierają zaczerwienione od alkoholu nosy i powstają, by zmówić modlitwę. Zniesmaczeni są ci niepraktykujący (o modlitwie można było wspomnieć w zaproszeniu, nie każdy zwykł odmawiać paciorek nad kieliszkiem), ale też praktykujący (co Jezus ma wspólnego z alkoholowym biznesem i centrum przedsiębiorczości?).

W ostatnią niedzielę idziemy sprawdzić, czy kombinat kulinarnych idei i biznesu namaszczonego dłonią benedyktyna wypracował spójny koncept. Szefa kuchni i sommeliera w jednej osobie, czyli Zbyszka Kmiecia, niestety nie ma. Ale kelnerzy zapewniają, że do zamówionych dań dobiorą odpowiednie wino. Rozlane gdzieś w kosmosie, bo nie na naszych oczach, wino ląduje w lampkach na naszych stołach. Mocno nas rozczarowuje, karty win nie ma, nikt nie kwapi się również, by zaprezentować nam dostępne butelki. Na szczęście pojawiają się zamówione dania. Wszystkie o nieco wigilijnym charakterze, przepełnione słodyczą, bakaliami i staropolską esencjonalnością. Gęsie pipki (żołądki) uduszone na gęsim smalcu z rodzynkami, marchewką podane z domowymi galuszkami (20 zł) to rzadko widywany w restauracjach mleczno-słodki cymes, uczciwy i poprawny krem z buraka (18 zł), doskonale przyrządzony miękki, delikatnie słodki od glazury boczek (21 zł), pachnące lasem ragoût z dzika (53 zł), słusznych rozmiarów stek z rostbefu (73 zł), a na koniec leciutki, kremowy sernik (16 zł).


glazurowany boczek (21 zł)


krem z buraka (18 zł)


gęsie pipki uduszone na gęsim smalcu z rodzynkami, marchewką podane z domowymi galuszkami (20 zł)


ragoût z dzika (53 zł) z takimi samymi galuszkami jak w gęsich pipkach powyżej


stek z rostbefu (73 zł)


kremowy sernik (16 zł)

Dania bardzo smaczne, poprawnie przyrządzone, choć podane w ascetyczny i surowy sposób. Brakuje sosów, przypraw, dodatków, jakiegoś drobnego anturażu świadczącego o zaangażowaniu kucharza. Serwis jest równie siermiężny. Kelner wyrywa moim współtowarzyszom talerze, kiedy ja jeszcze kończę swój posiłek. Nikt tu się nie uśmiecha. Rozumiem panie przy sąsiednim stoliku o wargach świeżo ukłutych zastrzykiem dobrobytu. Ale właściciel mógłby powiedzieć chociaż „dzień dobry” na widok gości. Na koniec więc ostatnie, czwarte primo – my również tu nie pasujemy.

Kafe Zielony Niedźwiedź
ul. Smolna 4, Warszawa