Koszmary warszawskiej gastronomii część 1.

Życie redaktorki szukającej przygód kulinarnych nie wije się delikatną wstążką domowego makaronu. To często ciężki kawałek czerstwego chleba, wyłamujący zęby i osiadający na żołądku. Chcąc oszczędzić męczarni moim czytelnikom, postanowiłam urealnić dręczące mnie od początku pisania bloga największe gastryczne koszmary Warszawy. Dzisiaj pierwszy odcinek tego serialu grozy. Drodzy Państwo ku przestrodze, będzie strasznie!

Największe koszmary warszawskiej gastronomii.
Koszmary przybrały trzy formy.

Koszmar najgorszego wnętrza

  • Groole (ul. Śniadeckich 8 )
    Ziemniak to bulwa sympatyczna, sycąca i wciąż niedoceniana, boli więc, że kiedy wreszcie ktoś obsadził ją w głównej roli, i to smacznej, nie zadbał o odpowiedni anturaż. Bo co ma ziemniak do świecącej pseudo marmurkowej podłogi na której z pewną dozą perwersji w łączeniu materiałów ustawiono drewniane ogrodowe krzesełka i stoły? I co robią tu te kosmiczne metalowe koty ustawione w ceglanych okienkach i barwione atramentem kwiatki? Ten cmentarny wystrój budzi skojarzenia z elewacją hotelu Czarny Kot przy Powązkach.
  • Venezia (ul. Marszałkowska 10/16)
    Za styropianowy kicz, który wymsknął się spod kontroli franczyzobiorcom zakochanym w kokardkach Magdy Gessler i za pizze z Prymatem.

AKTUALIZACJA
Lokal zamknięty. Na jego miejscu planowane jest otwarcie indyjskiej restauracji Ganesh.

  • Pizzeria na Nowolipkach (ul. Nowolipki 15)
    Góralszczyzna, suche bukiety i pizza podawana z sosami: słodki ketchup i sos czosnkowy. Tylko dla wielbicieli horrorów klasy X.
  • Doppio Cuore (ul. Gałczyńskiego 3 )
    Podobno włoski właściciel restauracji położnej na tyłach Nowego Światu nie cierpi krytyki. Dlatego nieraz niezadowolony klient usłyszał od niego: „Jak się nie podoba, to wypier…”. Ja jednak o wnętrzach chciałam. Ściany tej włoskiej kanciapki zdradzają jeszcze jedną słabość właściciela – miłość do serialowych celebrytów. Zdjęcia z nimi rozkleił wszędzie. Od takiego nagromadzenia gazetki ściennej i kurzu można dostać co najmniej alergii.

2. Koszmar najgorszego serwisu

  • Asia Tasty (Hala Mirowska)
    By zjeść najlepszą w Warszawie kaczkę, trzeba mieć coś z masochisty. Wizyta w chińczyku ulokowanym w drugiej od al. JP II Hali Mirowskiej to niemal gwarancja bycia obrażonym przez zirytowaną, opaloną na mocny heban i wyposażoną w tipsy obsługę. Kiedy wyciągam aparat, by zrobić zdjęcie wspomnianej kaczce, słyszę donośmy głos zza barku: „o, patrz, a ta jebana będzie teraz zdjęcia, kurwa, robić”. Na co więcej stać „miłe” panie z obsługi, dowiecie się z opinii na Gastronautach.
  • Paros (ul. Jasna 14/16a)
    Zawsze tłum – pracowników, nie klientów.  Moja ostatnia wizyta skończyła się ekspresowym wyjściem, kiedy piąta już obsługująca nas osoba po raz kolejny przyjmowała to samo zamówienie.
  • Frida (ul. Nowy Świat 34)
    Serwis Fridy jest dla tych, którzy lubią duże miasta za anonimowość. Tu z pewnością nikt ich nie zauważy.

3. Koszmar najgorszego jedzenia

  • Chez Belier (ul. Mickiewicza 9)
    Oto na kwadratowym pretensjonalnym talerzu, pośród mazów balsamicznych pojawia się produkt, którego jesteśmy największym po Francuzach importerem w Europie. Norweski łosoś. Kochają go kobiety, jest pewność, że z kuchni zawsze „zejdzie”. Jest również szansa, że zejdzie i klient, jeśli spożyje go w formie podawanej w Chez Belier – z tłustą skórą i łuskami.

AKTUALIZACJA.
Lokal zamknięty. Na jego miejscu działa obecnie kubańska restauracja El Caribe.

  • Nesebar (ul. Marszałkowska 4)
    Pogrążone w otchłani tłuszczu i wielokrotnie podgrzewane stare ziemniaki wróciły z mojego talerza z powrotem do kuchni. Mam nadzieję, że już stamtąd nie wyszły i dalej nie straszą mieszkańców stolicy.
Żyjecie? Jeśli tak, nieźli z was twardziele. Zapraszam do wpisywania się na listę pogromców niestrawności i wysyłania zdjęć najgorszych lokalów wraz z opisami na basia@nakarmionastarecka.pl. Spotkajmy się przy zgadze!