Przewodnik po Paryżu: najlepsze cukiernie

Przed wyjazdem do stolicy elegancji i mody postanowiłam, że zapominam o diecie, nie dbam o formę, biorę sukienki na gumce i nie liczę kalorii. Na co dzień wolę co prawda śledzie od słodyczy, ale gdzie, jeśli nie w Paryżu, miałabym słodko zgrzeszyć? W końcu tam są najlepsze cukiernie. W ekspresowo krótkim czasie więc odwiedziłam parę miejsc, których większość polecił mi Jacek Malarski, jeden z właścicieli Lukullusa, cukierni, która produkuje tak bajeczne i wodzące mnie na pokuszenia ciastka jak ptyś naładowany sporą dawką kremu z marakui i wanilii oraz kruche ciastko z kremem limoncello w kapeluszu z bezy włoskiej. Szykujcie się zatem na erotyczne niemal doznania smakowe, nowoczesne, przypominające galerię wnętrza oraz podniosły nastrój. Oto najlepsze cukiernie w Paryżu.

Mori Yoshida
Minimalistyczna lada zdaje się skrywać nowoczesną kolekcję biżuterii, tymczasem młody, szczupły i przystojny Yoshida umieścił pod szkłem ciastka przypominające węzełek jego grubych, upiętych w kucyk włosów – klasyczne formy mają organiczny charakter splotów, zawijasów, tu i ówdzie odstających od całości niesfornych kosmyków. Yoshida swoje organiczne kreacje buduje na solidnych podstawach francuskiego cukiernictwa. W jego repertuarze są także makaroniki, a na lewitującej drewnianej półce na wprost lady modelowe brioszki, croissanty i flan, którego zjadłam spory kawałek (porcja – 4,30 euro). Upstrzony ziarenkami wanilii, jedwabisty krem jest odpowiednio miękki, by wsadzić palec w jego chłodny środek i wyjadać bez łyżeczki, bo tylko umowny rant z cieniutkiego ciasta trzyma jego ściętą w punkt konsystencję. Konsystencja érable caramélisé (5,80 euro), zmysłowo połyskującego ciastka złożonego z creme caramel i musu czekoladowego z dodatkiem syropu klonowego, nugatu i herbatnika z orzechów laskowych, jest tak nieziemsko obłoczna, że mimo braku górnych zębów straconych na bagietkach, pornografii i mocnym winie poradziłby sobie z nią nawet mój ulubiony francuski pisarz Michel Houellebecq. Mnie sprawiło wielką frajdę!

Sadaharu Aoki
Drugi Japończyk w zestawieniu. Ambitny tokijczyk ma parę cukierni w Paryżu (w tym jedną w Galeries Lafayette), Japonii i na Tajwanie. Do Francji przyjechał na początku lat dziewięćdziesiątych. Po niecałej dekadzie udało mu się otworzyć cukiernię, przebić przez tłum fashion week i dotrzeć do pierwszego rzędu podniebień w Kenzo, Chanel czy Diorze – i tym samym do masowej świadomości. Jego cukiernia to nowoczesny butik z ladą zastawioną biszkoptowymi ciastkami, croissantami, eklerami i makaronikami wypełnionymi kremami w większości na bazie zielonej herbaty matcha. Spójrzcie koniecznie za plecy powściągliwych Japonek, które będą was strofować za próbę zrobienia zdjęcia, bo na ścianie za nimi wiszą obrazy z mchu, paproci i zielonych makaroników. Te ostatnie zresztą pasożytują nie tylko na martwej naturze, lecz także na wybranych ciastkach Aokiego, wczepiając się w boczek, tyły lub front słodkości. Jest w tym jakieś poczucie humoru. Podobnie jak w cytrynowej kuli z irokezem z orzechów laskowych, skrywającej kwaskowaty mus z białej czekolady z ukrytym w środku pralinowym nadzieniem z orzechów laskowych i malutkim cytrynowym makaronikiem, którego druga, większa część jest równocześnie spodem ciastka (5,30 euro). Próbuję jeszcze matcha millefeuille (4,60 euro), ale wrażenie robi nie większe niż nasza polska karpatka.

Jean-Paul Hévin
W przeciwieństwie do cukierni dwóch Japończyków tu panuje mniej nabożny nastrój, w powietrzu wisi ordynarne obżarstwo, paryżanki kupują makaroniki na kilogramy i i jedzą ciastka na stojąco. Ja przeżywam wieloetapowy czekoladowy orgazm o smaku tonki (6 euro). Pod chrupiącym parasolem praliny chowają się mroczne i gęste czekoladowe chmury, od słodkich zaczynając, na gorzkich kończąc. Makaroniki mają mniej tajemnic, może jedną podstawową, która różni je od polskich, makaronikopodobnych wyrobów – tu chrupiąca jest tylko cieniutka, wierzchnia warstwa ciasteczka, reszta pozostaje miękka i mokra, kremu zaś jest zdecydowanie więcej. Słony karmel długo rozpuszcza się w ustach (8 euro za 5 sztuk). Wszystkie ciastka z kolekcji Hévina poza gablotą można podziwiać na ścianie, gdzie wiszą zatopione na wieki wieków w szkle. Mają więc szansę przetrwać dłużej niż w pamięci swoich wyznawców.

Jacques Genin
Kilogram karmelków za 100 euro. W Paryżu można wydać każdą sumę na słodycze, a u Genina naprawdę lekką ręką. Czekoladki, praliny i karmelki są figlarnie małe, rozkoszne i dopracowane. Leżąc obok siebie, układają się w malarskie kolaże, których fragment chce się mieć tylko dla siebie. Próbuję karmelków o smaku cassis, mango, wanilii i imbiru. Uczepiają się miło podniebienia i bardzo powoli rozpływają w ustach. Te schowane na później do kieszonki, niestety, zbyt szybko zmieniają kształt. Po raz kolejny przekonuję się, że przyjemności nie należy odkładać!

Henri Le Roux
A gdyby tak wykafelkować sobie dom czekoladą? Niektórym się udało. Henri Le Roux wyłożył się połyskującymi, czekoladowymi kasetonami po sam sufit. Efekt? Chcesz zjeść dużo czekolady. Dużo więcej, zwłaszcza że słodkie i uśmiechnięte ekspedientki podsuwają pod nos poczęstunek, np karmelka, który jeszcze bardziej utrudnia wybór. Ja zjadam czekoladę z japońskimi akcentami, czyli yuzu i matcha (tabliczka – 7 euro), i obiecuję sobie wrócić kiedyś po więcej.

L’Eclair de Génie
Nasz wspaniały konceptualista Henryk Opałka ma swojego naśladowcę we francuskim cukiernictwie. To Christophe Adam, odpowiadający za repertuar L’Eclair de Génie, cukierni specjalizującej się w eklerkach. Każda kolejna zaprojektowana przez niego odlotowa emanacja (niektóre eklery mają oczy, inne wąsy) ma swój numer (kolekcja do obejrzenia tutaj). Ja zaliczam jeden o numerze 5 – citron yuzu (4,50 euro), bardzo mocny w smaku, choć w strukturze nader subtelny.

C’est tout!