Kulinarny przewodnik po Londynie (dużo adresów!)

Londyn nie jest aż tak hipsterski jak Berlin, od chwilowych zajawek kulinarnych woli lokalny, solidny produkt, którego pochodzenie i jakość są tu coraz ważniejsze. Dodaje go nawet do kuchni etnicznych, z czego powstają tak interesujące mariaże jak duet uwielbianego przez wyspiarzy szpiku kostnego z japońskim makaronem udon czy brytyjskiej jagnięciny z tajskim barbecue, a nawet z afromeksykańskimi tacos.

London's first Poké & Matcha Bar situated in Soho
London’s first Poké & Matcha Bar situated in Soho

Barbecue odmienia się tutaj przez kuchnię amerykańską, koreańską i wspomnianą wcześniej tajską. Na lunch jada się hawajskie poke, czyli miskę ryżu z surową rybą i kolorowymi dodatkami, skandynawska fika ma klasyczny smak kardamonowych kanelbullar, a deser jest zielony, bo z lodów na bazie herbaty matcha. Poza tym wszyscy biegają, również do sklepów z organiczną żywnością, nawet japońskie delikatesy sprzedają nattō, czyli sfermentowaną soję, oraz onigiri opatrzone opaską „organic”. Na śniadanie londyńczycy jedzą owsiankę, potem proteinową sałatkę z przepiórczymi jajami, a w najpopularniejszych sieciówkach zamawiają odtłuszczoną skinny latte. Po imprezie wzmacniają się „post party shots” z imbirem i ze spiruliną albo kombuchą z modnego baru East London Juice Co., a potem wsuwają sałatkę z komosą i awokado. Właściwie wszystkie restauracje, które odwiedziłam, w menu zaznaczają, że używane przez nich jajka i mięso pochodzą z wolnego wybiegu, a dla klientów z pokarmową nietolerancją są w stanie przygotować dania bez uczulających składników. Pieczywo sprzedawane na modnych targowiskach potrafi kosztować nawet 12 funtów, ale jest robione na zakwasie, a nie na jakichś tam proszkach.

 

Miejscem, do którego będę wracać, jest St. John Smithfield Bar and Restaurant (26 St. John Street, London EC1M 4AY, nieopodal Smithfield Market). Ze wszystkich biznesów znanego z filozofii „from nose to tail” Fergusa Hendersona ten zdaje się być najbardziej lubiany. Nic dziwnego, to swobodne i niezobowiązujące miejsce, gdzie można spróbować flagowych dań brytyjskiego kucharza – w tym słynnych kości szpikowych z sałatką z pietruszki. Dorzućmy do tego duży wybór alkoholu, jak również wypieków w okienku piekarni (naliczyłam ich 15), proste, bielone wnętrza z uroczym świetlikiem w dachu – i już nie chce się stąd wychodzić, a jedynie zamówić kolejne piwo i niepoprawnie kaloryczne brytyjskie specjały. Moje serce skradła walijska grzanka z sosem worcester (welsh rarebit, 6 funtów).

Do Londynu jeździłam kiedyś regularnie, zaglądałam tam niemal w każde licealne i studenckie wakacje, ale kiedy laba się skończyła, a zaczęła praca, straciłam kontakt z tym inspirującym miastem. W trakcie ostatniej wycieczki, odbytej po latach, odwiedziłam z radością znajome kąty, ale też odkryłam nowe. Okazało się, że dzielnice, do których kiedyś bym się w życiu nie zapuściła, przez ten czas przeszły proces gentryfikacji i obecnie są bardzo modne. Mowa głównie o Shoreditch w północnej części Londynu, nieco przypominającej berliński Kreuzberg. Nieopodal jest Brick Lane, nieco już zajechane przez turystów, ale wciąż warte odwiedzenia ze względu na bajgle z pastrami (o czym niżej) oraz sklepy vintage. Tylko Soho niezmiennie kusi kolejnymi nowymi miejscami, do których ustawiają się kolejki smakoszy. Kieruję was zatem do tych dwóch dzielnic Londynu, gdzie w temacie jedzenia zdaje się dziać najwięcej. Nim się tam wybierzecie, sprawdźcie godziny otwarcia. Większość lokali ma przerwę pomiędzy dziennym a wieczornym serwisem. I nie przerażajcie się na widok kolejki, czy to do restauracji, czy street foodu. Tu nie oznaczają deficytu, ale obfitość i obietnicę wielkiej przyjemności!

 

SHOREDITCH

 

Box Park – kontener z modą i jedzeniem
2-10 Bethnal Green Rd, London E1 6GY

Parę przemysłowych kontenerów ustawionych jeden na drugim służy za pomieszczenia modnych butików (między innymi Diptyque) oraz barów ze street foodem i koktajlami. Po zakupach można skubnąć burgera z chipotle w barze Bukowski, wieprzowe żeberka z amerykańskiego Porky’s, wegańskie jedzenie w Cook Daily, a wszystko popić drinkiem lub modnym piwem rzemieślniczym. Na dole działa jeden z punktów uwielbianej przez hipsterów sieci pizzerii Voodoo Ray’s.

Pump – targowisko kalorii
168 Shoreditch High St, London E1 6HU

Przedziwna mieszanka koreańskiego, meksykańskiego i angielskiego street foodu. Znajdziecie tu sprzedawanego w papierowych tutkach, obsypanego popcornem i zalanego sosem majonezowym kurczaka smażonego w głębokim tłuszczu, lody w bąbelkowych waflach, które w tym roku za sprawą Melody gościły również w naszej stolicy, oraz hamburgery, steki i taco.

On the Bab – koreański street food na ryżu
305 Old St, London EC1V 9LA

Czas na pierwszą kolejkę. Uzbrójcie się w cierpliwość, bo warto. To malutki lokal z koreańskim street foodem, po który ustawiają się wylansowani Azjaci. Nazwa nawiązuje do jednego z podstawowych produktów kuchni koreańskiej – ryżu (bab). Z niego są zatem zrobione nadziewane serem i kimchi ostre, ale przyjemne arancini (3,80 funta), na nim podaje się bibimbap (7,50 funta). Koniecznie musicie spróbować tutejszych bułeczek (buns, 8 funtów), do wyboru z wołowiną bulgogi, ostrymi kurczakiem lub wieprzowiną albo pasztetem krewetkowym, a wszystko popić ryżowym destylatem soju (3 funty za mały kieliszek) w klasycznym koreańskim wydaniu lub w wersjach smakowych – śliwkowej, malinowej, ziołowej.

Cereal Killer Cafe – bar z płatkami śniadaniowymi dla hipsterów
139 Brick Ln, London E1 6SB

Coś dla wielbicieli śniadań, ale w dziecięcym wydaniu. Kiedy ostatnio jedliście płatki śniadaniowe zalane mlekiem? W Cereal Killer Cafe, założonym przez dwóch brodaczy, wytatuowanych bliźniaków hipsterów, jest ich nieskończony wybór. Pudełka z kolorowymi płatkami z całego świata wypełniają wszystkie ściany tego osobliwego baru, do którego uwielbiają wpadać youtuberzy i blogerzy. Za skomponowaną przez siebie miskę płatków (do wyboru są różnego rodzaju mleka i dodatki) zapłacicie od 2,60 do 4,50 funta. W menu także tosty (na przykład z drożdżową pastą marmite) oraz mleczne koktajle.

Beigel Bake – słynne bajgle z pastrami
Brick Lane Bakery 159 Brick Ln, London E1 6SB

Sklepy z bajglami są dwa, z żółtym i białym szyldem, skierujcie się jednak do tego drugiego, bo jak wieść niesie, tylko on podaje jedyne i słuszne bajgle. Rzeczywiście, mimo że lokale dzieli zaledwie ściana, do tego z białym szyldem ustawiają się kolejki, a do tego drugiego zupełnie nie. Kombinacji jest parę do wyboru, ale najsmaczniejsza i najpopularniejsza składa się z samego pastrami z dodatkiem ostrej angielskiej musztardy i słodkich korniszonów (4,20 funta). Wygłodniały tłum obsługują dwie leciwe, ale zażywne kobieciny, zwracające się do klientów „my darling” – jedna rąbie mięso, druga pakuje je do bajgli i jednym ruchem ręki wrzuca do papierowej torebki.

SOHO

 

Hoppers – placki i drinki ze Sri Lanki
49 Frith St, Soho, London W1D 4SG

Modna restauracja, a zarazem koktajlbar, z kuchnią i kucharzami ze Sri Lanki w ekspresowym tempie zdobyła maksymalną liczbę gwiazdek od wszystkich znaczących londyńskich krytyków kulinarnych. Można tu zjeść widniejące w nazwie tradycyjne placki hoppers, cudownie lekkie i elastyczne, bo zrobione z mąki ryżowej, mleka kokosowego i ze sfermentowanego masła. Uformowane są w kształt miseczki i podawane z jajkiem w środku. Towarzyszą im trzy bardzo intensywne sosy – pol sambal, seeni sambal i zielony od kolendry chutney (cały zestaw: 4,50 funta). Z dań głównych świetne są curry, na przykład miękkie, rozpadające się w ustach i mocne w smaku black pork kari (6 funtów), zwłaszcza popite drinkami na bazie arracku. Miejsce jest oblegane, przygotujcie się zatem na długą kolejkę.

14183815_1031474540298429_7127698358496867191_n 14612457_1078223725623510_1515728871642898086_o 14695445_1065888150190401_6290574921253965244_n

Koya – japoński udon na brytyjskich produktach
50 Frith St, Soho, London W1D 4SQ

Tuż za ścianą Hoppers działa bar z udonem. Japoński alkaiczny makaron podaje się klasycznie, w wersji ciepłej i zimnej, bawiąc się jednak konwencją i dorzucając do niego angielskie składniki. Na śniadanie zjecie tu zatem udon w stylu „english breakfast”, z bekonem i jajkiem sadzonym, a na obiad możecie, jak ja, zamówić boczek kakuni duszony w słodkim cydrze i podany z ostrą angielską musztardą (6,90 funta) oraz udon z kością szpikową (12,8 funta). Ręczę, że te kontrastowe połączenia kultur kulinarnych w ustach nabierają sensu – boczek doskonale współgra ze słodkością cydru przełamaną ostrością musztardy, udon pływający w słodkim, umamicznym dashi ożywia się za sprawą cienkich plastrów pikantnej rzepy daikon, która w tej kompozycji wygląda jak unosząca się na powierzchni morza meduza, tłustość szpiku zaś genialnie – i bardzo komfortowo dla podniebienia – uzupełnia się z jędrnymi kluskami. Udon barowi Koya szefuje kobieta, obsługa jest wyciszona i skupiona, choć w tle leci Nirvana, a menu nieustannie się zmienia. Zajrzyjcie tu koniecznie!

Smoking Goat – tajskie BBQ
7 Denmark St, Soho, WC2H 8LZ

Na ten modny bar z tajskim BBQ zagięłam parol. Zrobiłam trzy podejścia i za każdym razem głód wygrywał z kolejką, z której w ostateczności dezerterowałam, by popędzić do najbliższego sklepu po biały tost. W końcu udało mi się wytrwać, bo przed kolacją w Smoking Goat poszłam coś zjeść. Nie przeszkodziło mi to jednak rzucić się na baranie żeberka, kiedy wreszcie udało mi się dostać stolik. Były świetne: słodkie od glazury, którą przełamywała chrupkość marynowanych ogórków i świeżość mięty, oraz pachnące od węgla drzewnego (11 funtów). Przystawki, także przygotowane na ogniu, były równie smakowite – grillowane przegrzebki podano w słodko-kwaśnym i pikantnym tajskim sosie (3,70 funta), a całą grillowaną makrelę z chrupiącą skórką posypano świeżą kolendrą (8 funtów). Za trzy dania i piwo zapłaciłam 37 funtów.

Bao – chińskie bułeczki w dizajnerskim wydaniu
31 Windmill St, Fitzrovia, London W1T 2JN,
53 Lexington St, Carnaby, London W1F 9AS
Netil Market, 13-23 Westgate St, London E8 3RL

Słynne bułeczki na parze z chińskim rodowodem są tu dopracowane do perfekcji, podobnie jak wszystkie elementy tego, jak to się dzisiaj mówi, konceptu – od dizajnu, przez estetykę dań, po ubiór obsługi i płócienne torby z logo sieci do kupienia w charakterze suweniru. Choć serwowane tutaj dania mają streetfoodowy rodowód, daleko im do ulicznych standardów, każdy detal bowiem zachwyca perfekcją i finezją wykonania. Dotyczy to zarówno tytułowych bao (na przykład z miękką, rozpadającą się jagnięciną z dodatkiem sosu miętowego i czarnych oliwek, 5 funtów), wołowiny z czipsem z bocznika mikołajkowego, konfitowanym żółtkiem i szpikiem, podanej na ryżu (6,50 funta), jak i zachwycających przystawek, między innymi sałatki z malutkich i słodkich pomidorków zanurzonych w zredukowanym sosie śliwkowym (2,50 funta) czy kaczych serc podanych z ostro-słodkim sosem z chili, czosnkiem i kandyzowaną dymką (5,50 funta).

Pizza Pilgrims – pizza z Neapolu
Kingly Court, 11 Kingly St, Carnaby, London W1B 5PW
23 Garrick St, London WC2E 9BN
8 Brown’s Buildings, London EC3A 8AL
15 Exmouth Market, London EC1R 4QD
11 Dean St, Soho, London W1D 3RP

Pizzerii w tym mieście nie brakuje, ale na szczególną uwagę zasługuje sieć Pizza Pilgrims z neapolitańską pizzą i wysokiej jakości włoskimi składnikami. Punktów jest wiele, ale ten narożny w Soho jest przy okazji świetnym punktem obserwacyjnym. Zajadając kojący placek, można kontemplować widok modnie ubranej ulicy lub pracę neapolitańskiego pieca, przy którym ślamazarnie i leniwie kręcą się dobrze podtuczeni pizzaiolo. Na szczęście nawet przy ich ślamazarnych ruchach na pizzę nie czeka się zbyt długo, bo ta potrzebuje równo kilkunastu sekund, by złapać aromat ogniska i przypiec sobie ranty w piecu. Polecam pizzę z pikantną endują (spicy calabrian pork sausage, 9 funtów), z satysfakcjonującym neapolitańskim bajorkiem pośrodku i twardym, spieczonym rantem – świetnie zawija się w rulon i łatwo pakuje do buzi.

Chinatown – królestwo kaczek i deserów z fasolą
5 Gerrard St, London W1D 5PD

To żadna nowość, ale bez tej dzielnicy mój przewodnik po Londynie, szczególnie że wspominam Soho, nie byłby pełen. Uwielbiam miejscowe piekarnie serwujące nieskończone wariacje ciastek z fasolą oraz kaczymi żółtkami na chińskie święto księżyca, parzące dłonie małe ciasteczka tai taki w kształcie rybek, napełnione żółtą mazią o smaku vibovitu, oraz pachnące masłem puchate bułki faszerowane wieprzowiną i kimchi. W Chinatown działa mnóstwo bufetów, które za parę funtów karmią wygłodniałych turystów do oporu, ale są też i lepsze restauracje, które poznacie po wiszących w oknach dmuchanych kaczkach. Tam warto zajrzeć, by zjeść słynną kaczkę po pekińsku.

 

Markety
W weekendy Londyn buszuje po marketach, oto te najbardziej kulinarne i najmodniejsze.

Borough Market – zjecie tu jajka po szkocku, wszelkiej maści pie i zapiekanki oraz ostrygi. Piękne, ażurowe wnętrza marketowej hali skrywają również stoiska z rybami, owocami morza, truflami i serami.

Broadway Market – znów wracamy na Hackney, by skubnąć brytyjskiej kaszanki, haggis oraz aromatycznej i chrupiącej wieprzowiny z BBQ, a nawet by kupić odpowiednie drewno do wędzenia obiadu. Wzdłuż długiej ulicy, na której pośrodku stoją kramy z jedzeniem, działają przytulne i modne kawiarnie, księgarnie i piekarnie, w których chce się zostawić sporą sumę pieniędzy.

Netil Market – nieopodal Broadway Market działa miniaturowy targ z barem Lem Lem specjalizującym się w „african modern kitchen”. Zjecie tu między innymi afro taco z dynią i jagnięciną, za które barek dostał wyróżnienie od tygodnika „Time Out”. To pszenne tortille zdublowane elastycznym, typowo etiopskim naleśnikiem o mocno sfermentowanym smaku i bardzo ciekawej teksturze. Zdecydowanie warte spróbowania!

Skoro już jesteście w tej dzielnicy, koniecznie przespacerujcie się wzdłuż Regent’s Canal, aż do Crate Brewery, gdzie można się napić piw rzemieślniczych i zjeść pizzę w tłumie hipsterów balansujących pomiędzy krawędzią szklanki a kanału.

Gdzie jeszcze warto zajrzeć?

Fabrique – szwedzka piekarnia i kawiarnia z wyśmienitym wyborem pieczywa (od 8 do 11 funtów za bochenek), pachnąca jeszcze ciepłymi bułeczkami kanelbullar z kardamonem, cynamonem i cukrem (2,50 funta).

Fuckcoffee – alternatywna kawiarnia z powiewającymi przed wejściem demonstracyjnie chorągiewkami UE serwuje kawy parzone alternatywnymi metodami.

Pit Que – był food truck, jest restauracja specjalizująca się wciąż w tym samym – świetnym jakościowo mięsie między innymi z mangalicy i królika oraz grillowanym jagnięcym sercu.

Yauatcha – jedna w Chinatown, druga w City. Pierwsza ma gwiazdkę Michelin i działa bez przerwy, którą robi sobie większość restauracji. Co więcej, w tych mało popularnych godzinach właśnie, czyli pomiędzy 15 a 18, można tu zjeść lunchowe tasting menu za jedyne 30 funtów za dwie osoby. Ten „fancy” fine dining specjalizuje się w dim sum.

Som Saa – ciekawe, nowoczesne wydanie kuchni tajskiej z wyśmienitym wyborem curry i dań z woka (między innymi kurczak w liściach chryzantemy czy chrupiąca wieprzowina w limonce kaffir).