Koszmary warszawskiej gastronomii część 4.

A obiecywałam sobie – już nikt mnie nie nabierze, koniec z koszmarami! Omijam przecież miejsca przewidywalne, gdzie frytki pakuje się do doniczki albo słoiczka, smażoną wątróbkę zestawia się z redukcją balsamiczną i truskawkami, odpieka chemiczne pieczywo, gdzie są wspólne stoły, obsługa stuka tipsem, a na pierogach wylegują się kiełki lucerny. A jednak! Znów się nacięłam!

Tawerna Patris, ul. Wał Miedzeszyński 407
Już sama lokalizacja jest szemrana. Restauracja znajduje się pomiędzy wiślaną wydmą a trasą, po której rozpędzone samochody prują Wałem Miedzeszyńskim. Właściwie nie sposób dostać się tu pieszo, zresztą kto to widział snuć się po krzakach nad Wisłą? W gronie podejrzanych są tylko wędkarze i zboczeńcy.I blogerzy kulinarni. W środku jest równie upiornie jak na zewnątrz, pusto, tylko my i kelner. No i jakaś zbłąkana dusza uwięziona w kuchni. Wydaje najpierw przystawki, które usypiają moją czujność. Ale to tylko zasłona dymna przed ostatecznym atakiem. Na główne jest węgiel! Mogę się drzeć z przerażenia i tak mnie nikt nie usłyszy! AAAAAAA!

Secado, ul. Marszałkowska 66
Obserwowałam z nadzieją transformację wnętrza po nieszczęsnej Śródmiejskiej. I kiedy w witrynie pojawił się napis „tapas”, a miejsce zaczęło się promować szefem kuchni z… Brazylii, nabrałam ochoty na kuchnię pełną słońca. Tak miało być ślicznie, zagranicznie. Tymczasem… Przy wejściu wita mnie DJ, szybki barman kręcący kolorowe drinki puszcza oko. W rytmach disco zasiadam więc przy wspólnym stole i zaglądam do karty. Wysypują się z niej burgery i pasty. Coś mi się przestaje zgadzać, tym bardziej kiedy podana do nadmuchanego pieczywa oliwa okazuje się olejem rzepakowym z wetkniętą do butelki gałązką rozmarynu. Kelnerka podaje nam jeszcze butelkę ciepłego czerwonego wina, które w smaku przegrałoby nawet z Carlo Rossi. Burger z jagnięciną spoczywa w miniaturze świńskiego koryta, a mączyste i przezroczyste od tłuszczu frytki kleją się do siebie w modnym, metalowym koszyczku. Buła ledwo daje się przełknąć, a za jagnięcinę przebrał się stary, twardy baran. Opuszczam to miejsce z ulgą, zostawiając za plecami salę pełną gości cieszących się z kompleksowej oferty miejsca. Bo można tu i mecz obejrzeć, i skorzystać ze zniżki dla kibica, i laskę na drinka zaprosić, a do tego studenci z Politechniki mają zniżki na hamburgery. Secado wpisuję na listę obciachowych miejsc, obok Sioux, Browar De Brasil i innych Sphinxów.

Kava i Vino, al. Jerozolimskie 42
Kiedyś to literka „x” gwarantowała posmak lepszego świata z zagranicy, stąd jej obecność w rodzimym nazewnictwie była stałym patentem na naciąganie narodu spragnionego luksusu. Dziś mało kto złapie się na ofertę z Witexu czy Bodziexu. Pokolenie X wyparło kolejne – V, no przynajmniej w gastronomii. Mamy więc dużo miejsc z kavą i vinem w nazwie, ale jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, by zestawić te światowo brzmiące szczęścia razem. Do czasu. Stosunkowo nowa kawiarnia i winiarnia, będąca również bistro przy Alejach Jerozolimskich, zagrała, nomen omen, va banque. Wnętrze ma imponujący rozmach, a instalacja z drewnianych pałek podwieszonych pod sufitem przeniosła mnie na moment do Helsinek, gdzie mogłam podziwiać prace Alvara Aalto na żywo. To piękne. Oferty winiarskiej Kavy i Vina nie sprawdziłam, a może powinnam, skoro podkreśla ją nazwa. Mój błąd. Tym bardziej że to, co zjadłam, brzmiało już źle w zapowiedzi. Spytana o ofertę dnia kelnerka z entuzjazmem oznajmiła: „Polecam gniotki”. Chyba chodziło o gnocchi z dynią i borowikami, które rekomendowano również na potykaczu przed lokalem. Ale to kelnerka miała rację, to były prawdziwe, rozgotowane gniotki, podane z lekko sfermentowanym sosem z dyni i pieczarek (a nie borowików). A mogło być tak światowo.