Koszmary warszawskiej gastronomii część 3.

Koszmar najgorszego jedzenia

KOSHER FALAFEL (ul. Twarda 6)
Namiocik Abrahama, jak mówi się o tym miejscu, położony jest w sąsiedztwie Synagogi Nożyków. Wygląda dość abstrakcyjnie na tle pnących się wokół nowoczesnych inwestycji.

Rozsiadam się wygodnie na plastikowym krzesełku i czekam na słynny falafel. Czas umila mi obserwacja pewnej pani, pięknej w swych obfitościach kobiety, epatującej odważnym dekoltem, na którym spoczywa unoszona przez potężną pierś wielka, złota, ciężka Gwiazda Dawida. Uwagę pani pochłania ekranik laptopa spoczywającego na jej kolanach oraz goły, siedzący u stóp trzęsący się z zimna pies modnej w Hollywoodzie rasy Grzywacz chiński. Pani od czasu do czasu podnosi wzrok i bacznie obserwuje właściciela, który pełni tu funkcję szefa, kucharza, sprzedawcy i kelnera. Niestety, falafel który nam podaje, przyprawiłby o niestrawność Abrahama, patrona tego przybytku. Jego wierzchnia warstwa jest prawdziwą gehenną dla zębów. Po rozgryzieniu twardej skorupy, odkrywa się równie rozczarowujący nijaki w smaku środek. Próbujemy ratować się jeszcze humusem, ale i ten okazuję się tekturowy w smaku. Mimo kompletnej klapy w ofercie polecam to miejsce poszukującym weny pisarzom. Mam wrażenie, że w tym namiocie, wokół tej pani, czai się wiele historii do opisania.

PRZEGRYŹ (ul. Mokotowska 52)
Może i Najsztub robi najlepszy rosół w mieście, a kury gania po wolnym wybiegu, ale już swego barszczu nie potrafi uratować.  Zdaje się, że przed moim przyjściem zupa ta padła ofiarą klasycznej akcji interwencyjnej rodem z PRL-owskiej gastronomii. Podgrzewany od dobrych paru dni, rozwadniany barszcz stracił kolor. W skutek wielokrotnej reanimacji octem przeszedł całkowicie jego smakiem, nie oferując mi już zupełnie nic.  Żal mi go było, gdym go oddawała naburmuszonej kelnerce. Długo się zapewne nie zobaczymy.

Koszmar najgorszego serwisu

CHARLOTTE (Plac Zbawiciela)
O tym miejscu powstało już parę artykułów, również w poważnych opiniotwórczych tytułach, a i zapewne kilka prac magisterskich. Szarlota bowiem to elektryzująca mieszanka blazy, celebrytów, hipsterstwa, aspiracji do wielkiego świata ale także miejsce potrafiące wykorzystać genius loci placu Zbawiciela, oferujące świetne pieczywo i przekąski. To właśnie dla tych ostatnich pozytywów zasiadłam wśród zalanych złotym słońcem pięknych i powabnych. Niepomna opowieści Harel, która poprosiwszy miejscowego kelnera o menu, usłyszała stanowcze i konkretne „nie”, zamówiłam talerz wędlin oraz crème brûlée. Dostałam je w odwrotnej kolejności i to po wielu przypomnieniach. Zresztą, nieoficjalny tytuł najgorszego serwisu w Polsce Charlotte otrzymała już dawno, wystarczy poczytać opinie na Gastronautach. Co jest absolutnie naganne, to kompletny brak reakcji właścicieli. Chcąc prowadzić miejsce na światowym poziomie, należałoby zadbać o wszystkie aspekty oferty, nabrać trochę pokory, spuścić powietrze, a przede wszystkim, szanować klienta.