Bazar Kocha – modny, słaby adres

Każdy z nas to pamięta – stres towarzyszący organizowaniu pierwszej prywatki. Za chwilę goście staną w drzwiach z bukietem gerber, meble stracą wysoki połysk i okryją się kurzem z młóconej roztańczonymi nogami wykładziny, a bigos trzeba będzie przerzucać do nowego garnka o jeszcze niezwęglonym dnie. Z nerwów schowamy czerwone wino do zamrażarki, gerbery do szafy, a gości usadzimy na otomanie z niebezpieczną sprężyną.

W Bazarze Kocha, nowym lokalu przy ulicy Mokotowskiej, podekscytowana obsługa również wstrzymuje oddech, gdy goście pojawiają się w drzwiach. Z przejęciem odprowadza do stolika, drży, wstukując zamówienie, i wprawia w wibracje zatknięte za bar tace, które z łomotem spadają na podłogę. Po menu widać, że do tej prywatki ktoś się długo przygotowywał i wziął pod uwagę wszystkie scenariusze. Są tu propozycje dla rannych ptaszków, chcących dziobnąć co nieco o poranku, zapewniające długie życie warzywno-owocowe koktajle, lunche (25 zł), tapas na dwa gryzy i większe, ciekawe dania z mocnym akcentem w postaci mięsa z kaczki. Jedzenie można kupić też na wynos – konfitury i ciasta w słoikach, pierniczki, nugaty. Słowem, jest tu niemal wszystko dla wszystkich, zrozumiały asekuracyjny ruch przy tak dużej prywatce, jaką jest inwestycja we własną knajpę.

Zaczynam raucik makrelą z fenkułem i filecikami pomarańczy (17 zł). To prosta, mała przystawka, ale bardzo udana. Tutejsza makrela to prawdziwa, wyrachowana zimna ryba, a w dodatku mocna w gębie. Jestem nią oczarowana.

Ponętna noga małej kurki pięknie się prezentuje, wdzięczy się również na podniebieniu, choć leżący obok krokiet z kaczki psuje wrażenie mało wyrafinowanym smakiem studenckiej mielonki (22 zł).

Coś dziwnego przydarzyło się również drugiej, biednej kaczce, którą udeptano, zamknięto w puszce i podano jako rillette (29 zł). Brakuje jej struktury i smaku, za to cudowne ma towarzystwo – brioszki i muślinowej, konfitowanej cebuli.

Co do ostatniej z zamówionych przystawek, czyli sakiewki z serowo-ziemniaczanym farszem ze słodkim musem z pigwy (12 zł) – powiem dyplomatycznie, by nie urazić gospodarzy: to połączenie smaków jest dla mnie za trudne.

Na główne danie z premedytacją zamawiam popisowy numer mojej babci Celinki, którym rozkręcała niejeden drętwy bankiet z początku lat dziewięćdziesiątych: kaczkę z brzoskwiniami (49 zł). Ląduje przede mną razem z ziemniaczanym gratin i jest to wersja, którą Celina by nie pogardziła – kaczka jest soczysta, różowa w środku, chrupiąca z zewnątrz, ziemniaki podnoszą poziom odczuwania życiowego komfortu, a brzoskwinie smakują jak kiedyś te z Pewexu.

Świeży i sympatyczny jest flan i tian (29 zł), czyli krem z marchwi podany ze szpinakiem, z awokado, kolendrą i kiełkami.

Sucho w ustach robi się tylko przy dyniowym ravioli z pokruszonym serem łomnickim na wierzchu (24 zł), pierożkom brakuje nie tylko oliwy lub masła, lecz także smaku.

Deserów nie ma w karcie, trzeba je sobie wybrać z gabloty przy wejściu, na to nie starcza już sił, impreza dobiega końca. Tylko cena podwójnego espresso cuci nas na moment, doppio kosztuje prawie dwa razy tyle co espresso (7 zł), czyli… 13 zł!

Sztuki podejmowania gości można się nauczyć, pewność siebie pojawia się wraz z doświadczeniem. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie w przypadku Bazaru Kocha, który wypracuje swój własny styl. Na razie wręczam tylko jedną dorodną gerberę w podziękowaniu za makrelę.

Bazar Kocha
ul. Mokotowska  33/35
Warszawa
Godziny otwarcia: pon. 12.00-23.00; wt.-pt. 8:30-23:00; sob. 10:00-23:00; niedz. 10:00-22:00