Bar Don – niekoniecznie polski Jiro

To był stary numer ojca. Kiedy bankiet odpowiednio się rozkręcał, zbierał paru chętnych, przeważnie o wiele młodszych chłopaków, i inicjował zabawę w „Suku suku”. Pod tą japońsko brzmiącą nazwą kryła się gra polegająca na trzykrotnym powtórzeniu pewnych czynności towarzyszących, a jakże, opróżnianiu kieliszka. Każdą kolejną sekwencję ruchów należało rozpocząć od słów: „robię suku po raz pierwszy, drugi, trzeci”, dodając odpowiednią liczbę „suku” na początku zdania. Wszyscy się mylili, śmiechom nie było końca, no bo taka prosta rzecz, a tyle wątpliwej koordynacji po każdym kolejnym łyku procentów. Zabawa miała swoje zasługi towarzyskie. Ojciec opanował ją do perfekcji w czasach studiów na łódzkiej filmówce, integrując studentów z wykładowcami, samemu oczywiście nie płacąc za trunki.

Yuichiro Yoshida też gra w „Suku suku”. Każde słowo powtarza parę razy, utwierdzając siebie i otoczenie, że wie, co robi. W końcu ostatnie dwie dekady przepracował w warszawskich „suszarniach”. Teraz jednak, podobnie jak Jiro Ono, najsławniejszy na świecie sushi szef, odznaczony trzema gwiazdkami Michelin, pracuje w ukrytej, niepozornej lokalizacji z zaledwie paroma stolikami. W środku kończą się analogie – cerata w bure, wypłowiałe plony polskiej ziemi i plastikowe krzesełka, które w sytuacji podbramkowej pali się na grillu u szwagra, nie pozostawiają złudzeń. To nie elegancka, biznesowa Ginza, najbardziej pożądana surowa ryba na świecie ukryta w podziemiach tokijskiego metra, ale mokotowski Bazar Lotników.

Pochodzący z Nagasaki Yuichiro stara się jak może o pożądany, japoński klimacik. Jest więc i ołtarzyk, i odpowiednia zastawa, są nawet wymiętoszone zabawki origami. Po wymianie zdań, powtórzonych parę razy przez szefa kuchni i właściciela w jednej osobie, dostajemy po kwadransie niezbyt foremny set sushi (34 zł). Za niedoróbką pacniętej palcami formy idzie równie niedopracowany, pozbawiony wyrazu smak. Nieletnia pomocnica mistrza podaje nam dwie miniaturowe plastikowe buteleczki z sosem sojowym, ale szybko zabiera jedną z nich po interwencji Yuichiro Yoshidy: „Po co dwa, po co dwa? Zabieraj, zabieraj, zabieraj!”. Sos wraca do skromniutkiej kuchni, która składa się z zaledwie paru, głównie plastikowych sprzętów. Musztrowana przez mistrza pomocnica pucuje je na błysk i odkłada w nieodpowiednie miejsca, więc on sam, mocno zirytowany, przekłada je potem w sobie tylko znane zakamarki.

W menu jest jeszcze ramen, miso oraz udon. Chciałoby się domówić, ale tym razem jest jak u Jiro Ono – obowiązuje wcześniejsza rezerwacja, wynikająca zapewne z oszczędności. Bez potwierdzonego zamówienia na japońską zupę polski Jiro nie wypuszcza się na zakupy na pobliskim bazarze. Żaden michelinowski inspektor z pewnością nie zada sobie trudu zatelefonowania – ja chyba również, chociaż na Bazar Lotników będę zaglądać w poszukiwaniu równie zaskakujących i – jednak uroczych – kulinarnych inicjatyw.

 

Bar Don
ul. Puławska 246
Bazar Lotników, pasaż Smyczkowy, pawilon 56
Warszawa