Der Elefant – restauracyjny gigant

Ponowne otwarcie Der Elefant, kultowej restauracji z wieloletnią tradycją, okazało się sukcesem. Jest smacznie, choć menu wydaje się nieco szalone, i profesjonalnie – obsługę szkolą lojalni pracownicy Artura Jarczyńskiego, polskiego restauratora, właściciela m.in. U Szwejka, St Antonio, Piwnej Kompanii, U Fiszera, Jeff’sa. Jarczyński wie, jak nakarmić głodny tłum.

Prześladowała mnie ostatnio okładka książki, którą widziałam u mojej Tybetanki. W jej gabinecie można sobie zafundować serię ukłuć akupunktury, nabyć tajemnicze zioła o jeszcze bardziej tajemniczym działaniu oraz zanurkować w literaturę z medycznego undergroundu. Książka miała obrazek mrocznych trzewi i chwytliwy tytuł „Śmierć czai się w jelitach”, a dotyczyła postu, rzeczy absolutnie mi obcej. Kiedy usłyszałam o restauracji, która serwuje i chłodnik, i tom kha, i burgery, i humus, i osso bucco, pomyślałam, że może najwyższy czas sięgnąć nie tylko po magiczne zioła, ale i po poradnikowy off. Czym bowiem może zakończyć się taki szalony sprint po kuchniach świata, jeśli nie gastryczną śmiercią, a przynajmniej kulinarną komą?

Z tego też powodu lśniący nowym blaskiem Der Elefant mijałam z rezerwą, pedałując codziennie rowerem do pracy. Z dawnych czasów pamiętałam piękną bryłę hotelu Saskiego zasłoniętą afiszem oznajmującym o trwającym właśnie „festiwalu krewetek”, afiszem, który wisiał przez okrągły rok. Odstraszał mnie wreszcie gust samego właściciela, Artura Jarczyńskiego, lubującego się w kuchni ciężkiej i obfitej. Der Elefanta jednak nie sposób było dłużej ignorować, wielki słoń rozsiadł się na mojej trasie i nie mogłam go już tak po prostu omijać.

Poszłam na kolację, a zaraz potem na kolejną. Menu skomponowane ze wszystkich światowych przebojów okazało się smaczne, nieprzekombinowane i proste. Za każdym razem obsługiwała nas przemiła obsługa, bezszelestnie zarządzana przez doświadczonego kelnera, który ponad dekadę przepracował w Piwnej Kompanii na Podwalu.

Przystawka mezze mix (29 zł) to parę drobnych przekąsek dla dwojga, spośród których pasta z pieczonego bakłażana skropionego sokiem z cytryny zasługuje na owacje. Bisque z homara (16 zł) to esencjonalny i uczciwy krem – niestety, popsuty kwadratem zimnego i rozmoczonego ciasta francuskiego.

Całkiem niezłe są pierogi (24 zł), nieporadne w formie, krzywe i zawadiackie, za to w smaku prawdziwe i domowe. Ich niezdarność jest podkreślona przez nieudaną kompozycję z… sałatą, podaną w miseczce obok.

Ale tatar (29 zł) to już konkretny cios – żadna tam mazista papka do rozsmarowania na kanapce lub na twarzy, tylko nonszalancko posiekane kawały mięsa w kompozycji z piklami i marynowanymi kurkami.

Nie będę komentować słabości Kuchcika do różnych części drobiu w tłustych aranżacjach, ale jego mlaskanie i oblizywanie palców po skrzydełkach kurczaka (24 zł) zapewne świadczyło o tym, że kuchnia Der Elefant trafia również w męskie gusta.

Nie żebym stroniła od kalorycznych uciech, ale deserom z hotelu Saskiego nie sposób się oprzeć. Cukiernik z Der Elefant uwielbia cynamon, a ciasto filo klei mu się do rąk i rozłazi po całej kuchni (znajdziecie je również na… tatarze), ale to nic. Niech sobie cynamoni, niech szeleści filo do woli. Własnej roboty lody cynamonowe podane z płatkami filo to majstersztyk (19 zł), a ciasto gruszkowe z kremem angielskim (19 zł) to zapewne według autora wspomnianej na początku książki pierwszy krok do samounicestwienia.

Skoro dobry orgazm jest nazywany małą śmiercią, to ja poproszę o więcej takich słodkich zapaści. Słoń nie ma może zbyt dużo finezji i szyku, przy innych modnych restauracjach wypada siermiężnie, a nawet rubasznie, jednak warto potraktować go jako alternatywę dla kuchni zwyczajnej i codziennej, nie od święta, oraz docenić jego prostolinijność i piękne wnętrze – niewidoczny z placu Bankowego wewnętrzny dziedziniec hotelu Saskiego ma nową fasadę zaprojektowaną przez Allana Starskiego.

Der Elefant
pl. Bankowy 1
godziny otwarcia: pon.-niedz.: 12:00-00:00