Shoku – po japońsku na Woli

Małe i duże muszelki, porowate skorupy, pancerne pancerze, a w nich przybysze z kosmosu – labilna ektoplazma wyciągająca galaretowate ramiona i jedno oko w kierunku światła na końcu słynnego targu Tsukiji. Zbieram poły płaszcza, mijając kolejne styropianowe pudło z lepkimi mieszkańcami głębin mórz i oceanów, z obawy, że któryś z nich przylepi się, by wrócić ze mną do hotelu. Różowe, sine, fioletowe i zielonkawe byty obrzydzają, choć i fascynują. Na pewno Japończyków. Mam wrażenie, że ich zdolność wyławiania smaku z wszystkiego, co kryją wody, może się zatrzymać tylko na leżących na dnie wrakach statków – reszta jest absolutnie do zagospodarowania i zjedzenia. Z równą łatwością Japończycy czerpią z obcych kultur kulinarnych, dość wymienić zaimportowane z Portugalii kasuterę, lekkie miodowe ciasto, i tempurę, panierkę w głębokim oleju. Nie trzeba jednak nurkować w szesnasty wiek, by dojść do wniosku, że kuchnia japońska nie jest aż tak homogeniczna, jak się wydaje z europejskiej perspektywy.

Co skłoniło mnie do wspominania Tokio podczas wycieczki na robotniczą Wolę? Nowa japońska restauracja Shoku, proponująca asian fusion. Są tu między innymi rolki z łososiem i tuńczykiem podawane z salsą pomidorową i guacamole oraz burger z japońskim kotletem wieprzowym tonkatsu. Otoczenie jest równie eklektyczne: pofabryczne ceglane budynki kontrastują z nowymi szklanymi biurowcami, a korporaci spieszący na sushi w porze lunchu wpadają na wysypujące się z autokarów wycieczki harcerzy dziarsko zmierzających do pobliskiego Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nowoczesne, minimalne wnętrze, przeszklona kuchnia, dwa bary – przy jednym kręci się sushi, przy drugim, niebawem, mieszać się będzie drinki, a na końcu wyjście do ogródka z perfekcyjnie przystrzyżonym trawnikiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Deliberacje nad menu uprzyjemnia poczęstunek – soczysty łosoś zawinięty w plaster ogórka. Zaczynam od dużej miski zupy miso, bez charakterystycznej pierzastej, unoszącej się chmury pasty miso, ale smacznej i treściwej (10 zł).

Świetne są beef tataki w kwaskowatym ponzu (25 zł) i chrupiące, zabawne krokiety korokke rodem z kuchni francuskiej, wypełnione beszamelem i krewetką (14 zł), po których skwapliwie oblizuję paluszki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie bawi już tak bardzo soba w bulionie wołowym z warzywami i szaszłykiem krewetek (30 zł). Wszystko w tej misce jest przygotowane w punkt, ale w całości dosyć mdłe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Porządny, ale również mało zaskakujący jest sandacz w ponzu (35 zł).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Figlarne i bardzo smaczne są za to pierożki gyoza, zarówno z farszem warzywnym, jak i mięsnym, spowitym w cienkie, elastyczne ciasto (14 zł i 16 zł), oraz desery. Połączenie marakui z mango to pewniak, ale zawsze cieszy, dlatego wielką frajdę sprawia mi pokruszone ciężkie brownie z musem z mango i świeżą marakują (14 zł), rozpieszcza także całuśna migdałowa chmurka z amaretto i purée z mango podana w kieliszku (12 zł).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drugą stronę karty, na której znalazło się zapewniające płynność finansową sushi, tylko przeczytałam. W ciągu dwóch najbliższych tygodni Shoku ruszy z drinkami i japońskim tapas. Mam nadzieję, że przy okazji zdobędzie się na więcej odwagi i jeszcze więcej kulinarnej fantazji. Nie będzie szoku, dopóty Shoku będzie się bawić w półśrodki. Chyba że chodzi o szok kontrolowany? Na razie jest miłe zaskoczenie.

Shoku
Karolkowa 30, Warszawa

godziny otwarcia: 12-22