InAzia – orient odświeżony

Mój ulubiony azjatycki lokal Oriental poszedł na zasłużoną emeryturę. Zastąpiła go InAzia, dziarska, tajska pannica prowadzona z fantazją przez szefa kuchni Marcina Sasina. 

O sentymencie do lokalu Oriental pisałam już tu. Ucieszyły mnie jednak plany hotelu na odświeżenie tego miejsca. Dlatego z radością potwierdziłam zaproszenie na kolację po zmianach w restauracji. Po miesiącu intensywnego remontu lokal na parterze hotelu odmłodniał i rozjaśnił oblicze. Sala dzięki staraniom architekta – powiększyła się optycznie. Nawet wymieniono wysłużoną zastawę.

Przywitał nas Marcin Sasin, zdolny młody szef kuchni zakochany w smakach Azji, który kiedyś z podziwu godną wytrwałością uczył mnie robić spring rollsy. Musiał być bardzo zdeterminowany, skoro są one do dzisiaj jednym z moich popisowych dań. Marcin opowiedział o swoich ostatnich podróżach kulinarnych w poszukiwaniu inspiracji (m.in do londyńskiej Mandarin Oriental prowadzonej przez Hestona Blumenthala), oraz o swym pomyśle na kuchnię autorską w odświeżonych wnętrzach InAzii.

Nowe menu restauracji oparte jest na smakach i aromatach kuchni Tajlandii, Wietnamu, Singapuru, Chin i Indonezji, ale realizowane nowoczesnymi technikami (sous vide, kuchnia molekularna). Ci, którzy jak ja, mają sentyment do poprzedniej karty, odnajdą jej ślady w postaci paru najbardziej lubianych przez gości dań (pad thai czy robione na miejscu pierożki dim sum). Nowością jest też obecność szefa kuchni na sali podczas serwowania menu degustacyjnego czy codziennie zmieniającego się zestawu przekąsek. Myślę, że dla Marcina to przyjemna odmiana i mobilizujący kontakt z gośćmi, okazja do poznania ich opinii. Ciekaw jest również naszych – już od pierwszej przystawki.

A jest nią tutka z tatarem z tuńczyka – delikatna z początku, ale z ostrym i charakternym finiszem. Intrygująca.

Po niej pojawiają się cztery degustacyjne porcje reszty przystawek – moje ukochane, lepione przez Tajów dim sumy z kawiorem sojowym (powyżej), łosoś marynowany w nori na rzepie i owocach, doskonały kawałek wołowiny w sosie truflowo-sojowym z chili, kaczka w pomarańczowym sosie teriyaki i mój faworyt – tuńczyk z plastrami przegrzebków z akcentami pasty miso (zdjęcie poniżej).

Hasło „porcje degustacyjne” jest mocno mylące, jestem przekonana, że już po tych pięciu mini dankach zakończymy kolację. Tymczasem na stole lądują gorące talerze z delikatnym halibutem w mleku kokosowym z curry i trawą cytrynową. Danie to chętnie jadałabym na co dzień – lekkie, strawne i rozgrzewające. Jestem nim zachwycona do tego stopnia, że zapominam o robieniu zdjęć – wybaczcie. Po głównym daniu otwiera się ta tajemnicza kieszonka w moim żołądku, zresztą jak zawsze w momencie kryzysu, kiedy wydaje się, że już nic się nie zmieści, a jednak. Pojawia się bowiem deser. Wstyd przyznać – zjadam go do ostatniego okruszka.

Dziwicie się?

In Azia
Hotel Sheraton
ul.B. Prusa 2, Warszawa